cropped-fav-1.jpgPoniższe wiersze pochodzą z tomiku „cosinus salsa”, który został wydany w 2008 r. w Wydawnictwie Zielona Sowa.

 

Serce jak kastet

 

Wiewiórko, wiewióreczko, co mi rzeźnię robisz

rudą kreską na śniegu oraz ty niebiesko

malowany strzępku w oknie sutereny, w zamkniętej

perspektywie spierzchniętych kamienic. skorupko

ślimaka zasuszona za kanapą, pająku w wannie,

pająku pod zlewem, łusko rybia zarastająca

powiekę, soplu szczerzący się z parapetu,

śniegu w rękawiczce, śniegu za kołnierzem, śniegu

mlaskający za cholewą, śniegu nażarty śniegiem,

wyzywam was.

 

Zorbing

no i tak, spróbowałam tego sportu

i myślę o tych kulach światła,

w których tak bardzo chcielibyśmy płynąć

zgrabnie i bez wysiłku, poszerzając nieustannie

przestrzeń objętych nimi spraw,

o coraz ostrzejszych szczytach

w rozrzedzającym się powietrzu, ciągu

lekkich, lekkich tchnień na karku, szumie

puchnącym pod czaszką, włóczeniu

końmi we wszystkie strony.

 

W co może się zmienić tygrys

Nawy, nawy wszędzie dookoła,

a to, co miało być najważniejsze

miga pocięte na paski rzędami filarów,

żeby znaleźć właściwy kąt,

człowiek przekrzywia głowę,

jakby chciał się podrapać tylną nogą

za uchem. Powietrze ciśnie, świszcze szparami,

zbiera się i trzask. Przez chwilę widać

ruchomy cień na skraju, błysk

dwóch gwoździ, które go przyszpiliły

do tła nawiniętego na bęben. Inny,

co linieje na twarzy,

kręci drewnianą korbką.

 

Interferencje

Pedantyczna bezchmurność,

zacięta w powrotach na brzeg butelka,

mewa obezwładniona pod wiatrem

 

i jednym ruchem wyłuskałeś

z mokrego piasku niemy obraz ryby,

martwy nie do zatarcia.

 

Wiatr leniwie tasuje powietrze

Wiatr leniwie tasuje powietrze, wydyma jej bluzkę.

Stary na werandzie mruczy: bryza, a może bryndza.

Chciałbym przy niej siedzieć całe lato październik,

grudzień, kwiecień, maj i tylko od niechcenia

komentować rozgrywki pogody, gdy wiatr

rozwiewa jej bluzkę. Najgorszy z miesięcy

to lenajon. – Nic kultury -mówię cicho –

tylko siedzieć i niech ktoś inny nazywa miesiące.

Stary z werandy pyta szelmowsko:

-A co to jest: człowiek podskakuje w jaskini?

Wiatr wydyma jej bluzkę. Jakby była karawelą

podnosząca kotwicę. -Język! -; śmieje się

bezzębnie z triumfem stary. Jeżyk? śpiący

w krzakach jaśminu, nożyk

schowany pod krynoliną, kret buszujący

pod podszewką pól? Malowane,

raz ty, raz ja. Teraz ty.

 

Woda

Gdy ogarnia go głuchy gniew, klaszcze w dłonie,

chcąc oszukać ciszę, w jego oddechu dygocze fatamorgana

kamiennej równiny jak olbrzymie młyńskie koło.

 

Kolejne pieśni trzeba zaczynać od pożegnania śladów.

Za nami idą kobiety. Pilnujemy, by nie spotkała ich krzywda.

Będziemy z nich pić: najczystszą wodę.

 

Płynie jej ciężar

pod palankinami, na grzbietach wielbłądów,

w rozchylonym przez wiatr dekolcie,

odbitym w bocznym lusterku:

 

Kołysanka

Wyrósł i odszedł, i kto pamięta, że miał twarz małą

jak kromka, a usta w uśmiechu pełne baniek

śliny. śpij już, nyny nyny, i rączki zwinne jak narybek,

zanim odszedł, by je rozmnożyć, śpij, już księżyc za szybą.

Zanim go oddzieliło słowo od piersi, luli

synku, czy to było możliwe, że różową piętą

jak rajskie jabłko czynił cud: pierwszy

krok, i przytul się do snu, po wodzie czy piasku?

Zaśnij, a może ci się przyśni,

jak z małym rybakiem z patyków i liści

puszcza łodzie.

Zaśnij, będę cię trzymać za rękę,

śpij już z popiołu iskierko,

zanim w proch.

 

Gazela

jestem z żebra

sklepienia notre dame brooklińskiego mostu

cienkokostnych rusztowań wielkich miast

jachtów pełnomorskich silosów zbożowych

wieży eiffla barek rzecznych wieży ciśnień

klaustrofobicznych szkieletów blokowisk

węglowych włókien stelaży amerykańskich himalaistów

silosów jądrowych sklepów piwnych

jestem w sobie kością

słoniową i mahoniem

twojej strzelby

gazelą w twoim oku

 

Przywileje

Po odniesionym zwycięstwie można już tylko bronić

przywilejów. zrób to dla mnie i załóż tę czerwoną

bluzeczkę, kończącą się na pępku, noś ją nawet

kiedy nie patrzę, tak jakbym patrzył właśnie,

mówią, że stosunek między zaspokajaniem popędów

a kulturą jest odwrotnie proporcjonalny: im większe

stłumienie, tym większa kultura, słyszysz ten tłum

za oknem, jak rzęzi na zaciągniętych hamulcach?

więc załóż tę czerwoną bluzeczkę i zdejmuj,

nawet jeśli nie patrzę, tak jakbym patrzył właśnie.

 

Krwiobieg

a mógłbym przecież być jedną z tych kobiet,

których się nie zauważa, jak miedzianych monet,

w kieszeniach starych spodni, tęskne glamour

pani domu. być jej mężczyzną, krążownikiem

pętli tramwajowych, z teczką wyimaginowanych

ofert, i przepływać każdego dnia od nowa

zwartym rytmem tęsknot i wzruszeń, i nie szukać

 

Hę? (ansambl)

Ponoć dokładnie między Świętami Bożego Narodzenia

i Wielkiej Nocy zdarzają się jednodniowe cuda

nagłych chorób i naglejszych ozdrowień, przez co budżet traci

miliardy, a nawet biliony, albo odwrotnie. Dwudziesty dziewiąty lutego

dodatkowa kopia dnia powszedniego. Panie sierżancie, melduję

iż szeregowy z czwartej znów symuluje podbite oko, za pomocą

podbitego oka. Ten się nigdy nie zasymiluje. Tymczasem w symulatorze

do rozwiązywania zadań z dowolnych dziedzin, wprowadzamy

termity jako agentów i kawałki drewna jako obiekty,

termity są morfologicznie nieskomplikowane w przeciwieństwie

do ich skomplikowanego życia społecznego. Natomiast

wykorzystując system Xcomfort© możemy zasymulować naszą obecność

w domu poprzez cykliczne włączanie i wyłączanie światła,

czy to już są symultaniczne społeczności? czy tylko proforma

profanacji? Tuning maszyny Turinga nieustannie trwa, widziałem

kiedyś pobielone kości w czarnej ziemi jak ksero

entej kopii człowieka. Sacrum symulakrum.

 

Nie chcę

mówić o miłości bez słów miłości.

Jestem papugą drepczącą na drążku,

powtarzającą: miłość! miłość! miłość!

Ktoś rzuca ziarenko pieprzu: miłość!

Łyk wody i znów miłość. Chciałbym mieć

ramiona długości 40.000 kilometrów

i trzymać na kolanach wszystko,

do wszystkiego przykładać policzek.

 

Papuga

skrzeczy przed lustrem: miłość!

i patrzy na siebie wrzeszczącą: miłość!

Powtarza i patrzy, i wrzeszczy, a za lustrem

treser, siedzi i chowa się.

 

Język nie przystaje

Język nie przystaje, ślina wyżera piktogramy

w lizawkach, skorupkach jajek, w warstwie

nieciągłości pod kołdrą, w zwietrzelinie,

w śliskiej trawie. Jestem tym co jem, czy tym czym się dławię?

Przeciwne przyciąga przeciwne, gaje oliwne

przepowiadają koniec, a język nie przystaje.

Zając goni żółwia, żółw goni zająca:

sto metrów do mety bieżnia skręca, niestety,

przewrotka. Wstawaj, stawaj szaraku! Gaśnie

lampa słońca. Jak cicho! Zasnąć lekko, głęboko,

ślimak w norce pod kołdrą, karaluchy, szczypawki

i glisty, już po wszystkim? Szylkret prześwituje

pod grzbietem lodowca, za krawędzią tęcza

w marnych kroplach i żółwie, żółwie aż do końca.

 

Kłębek

Głęboki szyb wbity w konstrukcje wielopiętrowych kamienic,

prostopadłościan stęchłego powietrza

z mlecznymi oknami, uchylonymi na zamarły zaduch.

Kto projektuje te miejsca intymnych samobójstw?

Co skrobie w drzwi, stuka w okno, o czym myślisz

kiedy wracasz do domu? Na środku pokoju kot

zastyga jak polakierowany.- Pac, pac. –

mówię i obchodzę go dookoła – Pac, pac! –

macham ręką. Spod werniksu wyziera tektura.

 

Dryń, dryń

Cokolwiek mogło leżeć u podstaw, musiało być pierwszorzędne

i pełne powabu, jednakże, drogi Fryderyku, powab

tkwi w zagadce, a nie jej wytropieniu. Monady czy menady,

jest jakiś wybór? A muza z zamtuza co najwyżej

objawi się francą. Po cóż nam tragedia, nam i Grekom?

I co ma kozioł wspólnego z satyrą? Ofiary błazenady,

rzekłbym, gdybym jeszcze otwierał usta, lecz przecież

do reszty milczę, niech gadają inni, o proszę głosi pytia z ekranu:

myśleliście, że barbarzyńcy zostali pokonani. Barbarzyńcy

w ostatnim tygodniu pokonali was właśnie. My się nie poddajemy

i ta wojna będzie trwać nadal. Ale powtarzam na koniec,

że barbarzyńcy idą w dobrym kierunku, bo się rozwijają.

Pytia kronikarka, oszustka. Potem różniczką teraz,

bo przecież nie różnicą. Tak, mój Fryderyku,

i mi się marzy zakrzyknąć coś – Hannibal ante portas!

bez związku: zostaje hańba w portkach, a nad głową

daimonion, dryń, dryń, dźwięczy dzwoneczkami.

 

I smutkiem jest kot

i jego miseczka,

i dno prześwitujące w mleku,

i jego mroczny pomruk że pusty karton a daleko do sklepu,

i smutkiem pusta szklanka a w niej łyżeczka,

i resztka konfitur na spodeczku,

i smutkiem wyciśnięta cytryna,

i tubka po paście do zębów,

i smutkiem topnienie śniegu,

i przetarty na łokciu sweter, jak

i dziura w jego skarpecie,

i jest kot,

i pusta miseczka,

i zbita szklanka,

i pleśń na spodeczku,

i dorsz zjedzony przedwczoraj,

i mruczny pomrok, że on wyszedł,

i nie wrócił ze sklepu.

 

jam! session

Będzie się łamało albo wyginało,

wyło, gnało i wierciło, w klatce dzwoneczek

w dzwoneczku serduszko, będzie się

dzwoniło, po-dźwię-ki-wało sobie.

 

Grzmiący kanarek, przez słomkę

wyssana burza, będzie się zaciągać.

Tak się będzie chciało wyrwać i stać: jam.

Zwyciężył za rogiem, wygnany z sieni

 

na podwórko, latarnie zapalały się i gasły,

szafa wołała: tyś! a próg śpiewał: oto!

Wkroczył na ulicę i przeszedł przez nią: jam.

 

I wtedy w kącie rozparty z wygiętą

na kolanach rzeknie spoza cienia:

mówisz? I powiem: Mów się.

 

Ostatni raz

Proste historie? Krosty na nosie

i patyk jako pistolet, sekret za szkiełkiem

wciśniętym w ziemię, biedna inkrustacja

podwórkowych trawników.

Tego ci brak? Ale patrz,

ciągle trwa Pan Perzyna i Pan Grass.

Jeden ćwiczy skrawek ziemi pod oknem

do roli ogródka, w każdej chwili którą pamiętam,

drugi w tej samej wyprowadza psa.

Czyżby nie dokończono

tej jednej klatki przez tyle lat?

Tegorocznej zimy, na półpiętrze

mróz odspoił lamperie,

odpadały pomału jakby coś się wykluwało,

aż błyskawicznie, w jeden dzień

zaszpachlowali, pociągnęli olejną

w tym samym kolorze spłowiałych zdjęć.

Trzymali tę farbę przez tyle lat?

Spytali Pan Perzyna i Pan Grass.

I został jak był, złowieszczy, nietknięty

stary napis: klatka malowana w ą99ą

ostatni raz. Powiedz, czy przyjdzie taka zima,

że kiedy zejdzie śnieg, zamiast psich kup

błysną te wszystkie szkiełka

wypolerowane jak kryształy w kredensie,

z wyzierającymi rześko fiołkiem,

nagietkiem i płatkami róż,

a drepcząc w ich tęczowym świetle,

Pan Perzyna i Pan Grass,

będą mruczeć cha-cha-cha?

 

Pokochać Eduardo Moralesa

Eduardo Morales grał w pasażu Schillera,

grał w tym mieście i w wielu innych,

na fletni Pana. Eduardo Morales grał

z Ramonem, Augustem i Salvadorem de la Cruz,

ale on jeden miał twarz jak miska z drewna

gdy dmuchał nadymając bruzdy na policzkach.

Eduardo Morales uczył mnie wiązać bransoletki

z muliny i mówił: I am here all-one, very.

Rzucałem drobne uśmiechy w jego twarz

i dźwięczały. All one.

 

Alba

Mówić do ciebie, rozgarniać ciemne

powierzchnie, wstawiać luksfery,

 

świetliki, ażurowe prześwity, na peryferiach

miast budować szerokie wylotówki,

 

Wielopasmowe objazdy, modre kosmodromy

pełne złotych szerszeni. nad głową

 

Błyskają bąbelki skwierczącego powietrza

uciekają w kobaltowe polichromie.

 

Mówić do ciebie, mówić: chodź, poranku,

biegnijmy