228482_1961368924454_6788671_nNiektóre z poniższych  wierszy były publikowane, między innymi tu Fundacja Karpowicza  oraz tu Helikopter  a także tu Arterie.

 

 

Spacerniak

W utracie liczy się żal, w wydatkach oszczędność,

pomówmy więc o sztuce i romansach, żałując oszczędnie

i oszczędzając z żalem. Gdybyśmy byli tak zacni,

opowieści nie byłyby tak ciekawe, moja droga.

 

A gdybyśmy nie byli tak ciekawscy, kolego?

Im więcej znajdujesz, tym jest prościej, Ms Watson.

Im prościej, tym zacniej, spryciarzu?

a może fantasto? I kto to mówi właściwie?

 

Nikt nie mówi właściwie, wszyscy czasem błądzą.

Można iść tylko zbaczając, a chodząc nie zbaczać nigdzie?

Można krasnoludku, opłotkami, bez ogródek.

 

Będziemy więc mówić o miłości?

Nie, nie jest możliwa polifonia, wielogłos,

sam jego wybór już jest monodią.

 

Z początku

Nagłe opętanie potrzebą podróży, porządnej, szkatułkowej,

z obłędnymi marginesami, z marginesem obłędu. Ale żadnych

łotrzykowskich wątków, w zamian- zwątpienie. Nie półgębek

powątpiewania, ale idące z trzewi zwątpienie wyjątkowe

jak cały Madagaskar. Przecież nie chodzi o ogarnięcie,

tylko zatopienie w zakamarkach, znalezienie wielowymiarowo

pomiętej mapy na dnie kufra.

Chciałem więc

kupić kufer, chciałem milczącego tragarza

i gadatliwego dla równowagi, a obaj identyczni,

oczyma wyobraźni już wątpiłem w ich uczciwość,

tak na początek, a potem w istnienie kilku sympatycznych ssaków,

we wskazania wskazówek, ekranów kontrolnych, w niezmienność

układów gwiezdnych i grawitacji. W możliwości i możliwość powodzenia,

pomyślność i życzenia pomyślności, we własne siły,

we wzajemność i w sprawiedliwość losu, nagle okazało się,

że znikąd nie ma ratunku, cokolwiek zapalała roznoszona wyobraźnia,

nie było dość wątpliwościom. Zacząłem więc wątpić w kufer.

 

No bo tak

w przepięknej scenerii

nad brzegiem jeziora Wannsee

Heinrich von Kleist

autor komedii o rozbitym dzbanku

która przeżyła wszystkie jego dramaty

zastrzelił swoją narzeczoną

Henriettę Vogel

a następnie siebie

wcześniej napisali do przyjaciół

pożegnalne listy

on cierpiał na długoletnią impotencję

ona umierała na raka

na koniec udało mu się dowieść tej miłości

nie dowiemy się

czy było to warte takiej ceny

była jesień

o świcie w przepięknej scenerii

nad brzegiem jeziora Wannsee

dusze Heinricha i Henrietty

unosiły się

niczym dwa statki

nad światem

które donikąd nie śpieszą

Die Liebe ist ein ausgelassen Vogel

Das Leben ist ein widerspenstig Vogel

zostało na zdartym afiszu operetki

jednej z miliardów

w których nie przewidziano

partii śpiewanych

 

Jak ktoś kogoś pokonał

Któregoś dnia dopadł mnie jednooki. – Samotność

to jest punkt widzenia, a nie stan zameldowania

na pokładzie – krzyknął z okolic potylicy z werwą.

Ja, całkiem bez mocy, próbowałem nadać temu cień

ironii. – Doprawdy? – rzekł jednooki i zrozumiałem, że

jest już całkiem za późno. Cóż zrobić, pójść z nim

oglądać freski, płaskorzeźby? Pokonać na ocenę

odległości – jak na rękę? Wykorzystać i przymknąć

oko? Na co, kogo, komu, czemu, i w ogóle : dlaczego?

Każda dyskusja w końcu

zaczyna taplać się w nudzie. Czasem jak wróbel w piasku,

czasem jak ryby w wysychającym zakolu, czasem

jak przeciekający kran. Jakim prawem? Prawem upływu

czasu. Bez dobrej oceny odległości będę się potykać

i wpadać na sprzęty, co nie jest sprzyjające w samotności

albo w towarzystwie. Król jest nagi, zanuciłem na ślepo

oraz czego się boisz, głupi. Wyciągnąłem przed siebie rękę

z podniesionym kciukiem. Przymykałem raz jedno, raz

drugie oko, a kciuk skakał wte i wewte względem twarzy

w telewizorze. A potem się zdrzemnąłem i nastał wieczór,

wszystko doskwierało jak zawsze, co umiałem jednak

tłumaczyć na różne strony.

 

Co łapie w latarnie mglisty wieczór?

Żyrandole w rozmytych kryzach, beżowe

fałdy i kontrafałdy mokrej plaży, pełne

rezygnacji podwórko, zmyślone

pożądanie. Nieznaczne pęknięcia

 

w przepowiedniach, naiwne potknięcia

w komediach, małe cięcia w tragediach.

Kaczki puszczone po tafli światła, rysunki

w potrzasku, porzucone pułapki, zapomniane

 

zasadzki. Przez chwilę neon z napisem

PANTOFLE, przez chwilę bohaterski cień,

na płytkim oddechu podrywa trochę podziwu.

 

Ten gatunek nie ma podtekstu seksualnego,

ten gatunek jest na wymarciu, skrzywiony

tęsknotą jak odbicie mżawki w kałuży.

 

Si vis pacem para bellum

Byłem kiedyś dzielnym tragarzem tragedii,

jąkałem się na łąkach i w podcieniach.

W za ciasnej grocie odgrywałem teatr cieni

zwężając i rozszerzając źrenice.

Rozbijałem się w porcelanie i fajansie składni, chociaż

tylko pragnąłem przewiercić otworek, kanalik, ujście

żeby zagwizdać czysto i wysoko z wyraźnym refrenem, jak kos.

Tiri tirli, tirli tiri, mów to tak by uwierzyli.

Erystyka jest retorsją retoryki – zasłyszałem w sztabie,

kiedy szeregowałem szyfry, bo byłem szeregowym na posyłki,

po którego nikt nie posłał, któremu nikt nie posyłał,

choć całym sercem chciał być posłańcem. Upijał mnie

pokiereszowany świat. Jak stary młodego.

Chciałem świecić latarką w noc na zwiadzie,

ale kazali coś nadawać Morse’em, komuś po drugiej stronie.

Skąd po drugiej stronie nasi? Nic nie rozumiałem

z żadnej z map. Rozkazy były sprzeczne wewnętrznie

i zewnętrznie. Łuski i naboje nie dawały się spasować.

Nic co było w środku, nie wyglądało tak samo

gdy się to wyciągnęło na wierzch, a przymus był wielki.

Brałem udział w niewypowiedzianej ale prawdziwej wojnie.

Chciałem ocaleć.

 

Wiatr był chłodny i ogień palił się wesoło z trzaskiem,

bohater modny miał przerwę, w podróży. Przerwa

przesypywała między palcami piasek, nie była ani piękna,

ani brzydka, ani powabna, ani odpychająca, była taka,

jaka powinna być każda towarzyszka odpoczynku.

Jest takie miejsce, w którym zaczynają się

wszystkie niedopowiedzenia.

Po kropkach piszę dalej.

Wiele jest prawdy w baśniach, chciałoby się również powiedzieć,

że wiele jest baśni w prawdzie, jednak to niemożliwe.

Czy znacie baśń o człowieku, któremu wbił się drogocennie

rżnięty diament w czoło? To było w czasach, gdy ludzie

jeszcze nie nawykli spoglądać w lustro.

Czy znacie baśń o kobiecie, która szukała pięciu ziarenek maku

z domu, do którego nie zawitała śmierć? To było w czasach,

gdy tylko solidni szaleńcy mieszkali w pojedynkę.

Czy znacie śmierć, która przychodzi i wita, a nie kryje się

chyłkiem? Za filarami nieuchronności, spekulacji.

Siedzi przed lustrem i pyta – czy jest piękna,

czy brzydka, czy powabna, czy odpychająca –

 

Red Note

Czerwone jabłuszko po ziemi się toczy,

tę dziewczynę kocham co ma siwe oczy.

Czerwone jabłuszko przekrojone na krzyż,

czemu ty dziewczyno krzywo na mnie patrzysz?

 

Tę dziewczynę kocham co ma siwe oczy,

bo jej w oczach błyska, bo jej w oczach mroczy.

Czemu ty dziewczyno krzywo na mnie patrzysz,

z brwi ukręcasz powróz, wrogo czoło marszczysz?

 

Tej co w oczach błyska, tej co w oczach mroczy,

chcę odczynić z serca pstry urok uroczysk.

Która kręcisz powróz, zamiast czoło marszczyć,

śmiej się, śmiej się, zaśmiej, uczyń mi ten zaszczyt!

 

Z serca chcę odczynić pstry urok uroczysk

sowy, co pazurem pruje ściegi nocy.

Śmiej się, zaśmiej do mnie, uczyń mi ten zaszczyt

puszczyku co hukasz szyderczo i drażnisz.

 

Sowo, co szwy sukni prujesz gniewnie w nocy

ćmo, co obcy kładziesz na poliku dotyk,

puszczyku co szydzisz , żeby mnie rozdrażnić

wam i waszej świcie, mruczę cicho: zaśnij.

 

Ćmo, co na poliku czujesz obcy dotyk,

niechaj się jabłuszko ku tobie potoczy.

Wam o każdym świcie śpiewam cicho: zaśnij,

niech wam się czerwone już nie kroi na krzyż.

 

Co nas zatrzyma

Nie milknie pozytywka w głowie, której mała harmonia

wizji i fonii nieustannie zatrzymuje nas w biegu:

chodź, zatrzymaj się, stań i nie żałuj! Ponure i wesołe

miasta tak samo trzaskają w slajdach jako podnóżek

 

tamtego świata, więc dokąd biegniesz? Za rogiem

czeka miejsce dla bohatera i dla frajera. Zastygamy

na widok tragedii, nieruchomiejemy

widząc schnącą łzę po skurczybyku i gnojku.

 

Czekamy bez ruchu, aż słońce wyciągnie palec i przeleci

po karbach naszych grymasów jak po harfie.

Zatem stój, zatrzymaj się. Zachwyt i podziw,

 

strach i uwielbienie, odrażające i piękne – stop!

Widzę wyraźniej, a ręka przestaje drżeć.

Wzbiera rozhuśtane serce, podpędza spłonkę ciała –

 

Architekci logistyki

Powietrze powinno być wybitne

i pomyślne, jak w koronach. W żółto-

-beżowo-błękitnych zestawieniach – jesień,

jest tylko jednym z możliwych rozwiązań palety.

Dni jak toffi, dni jak kieliszek rieslinga,

krzesiwo, krzemień, ropa, koronka.

W ażurach najważniejsza jest dziura,

i to jak pocieszysz mnie w swoim splocie,

i jak poddasz się w swoim odwrocie,

i pieśń, która nigdy nie skomle,

i szereg, szereg ustąpień,

i wszystko w co wątpię.

 

Niech ciekawość będzie naszym przewodnikiem,

tkliwym protokołem, wzruszającym okólnikiem.

 

 

Doprawdy, czy my bezwzględnie uciekamy?

Błękitne szaleństwo pełne chmur odmieniało świat,

podczas gdy bohater rwał łapczywie wątki i puszczał

na wietrze jak babie lato. Fakty i mity. Piosenki i hity

Świat nie opiera się na ciągłej przemianie,

ale na odmianie. Privativus – przypadek bez którego,

dajemy sobie radę, oznacza bez czegoś.

A jak puszczał? Nieodmiennie. A jak dajemy sobie radę?

 

Czy rezygnacja odmienia serce? Tego nie wiem,

ale z pewnością jest w stanie obmyślić

jakieś wesołe nazwy dla drinków.

Fabuła jest po to, żeby utrzymać uwagę

w ryzach. Dyscyplina, o yeah! Bacz

gdzie zbaczasz, zważ na co się ważysz.

Nie wyobrażasz sobie jak trudno mi było

za pierwszym razem – mówił bohater przyznając się do zdrady.

Tajemnica, gdy już się wyjaśnia, zawsze wychodzi pod rękę

z jakimś rozkosznym absurdem. Hipotezy

drażnią się ze świadomością jak kociak z frędzlem.

Bohater w tych trudnych czasach to bił w bębny,

to śmiał się. Lament lubi zamęt. Tak ciche ucieczki

przygotowują sobie bezpieczne ścieżki. Uciekał wprost w ramiona

ukryte wcześniej w tle, wprost w ramiona

w odwodzie, wprost w zgrabne i mocne ramiona planu B.

 

Fabuła jest grawitacją dla wszystkich wątków jak lep dla much.

Nie kradnij, nie mów fałszywego, nie – żarliwa noc

powoli naprawia smutki, Tu piosenka rwie się

niepostrzeżenie, jak oddech w gorsecie.

Ta fabuła miała trzymać powagę i dystans.

Ta fabuła miała dawać odwagę, doprawdy,

uciekamy?

 

Piosenka, którą bohater usłyszał w porcie albo na schodach

dzisiaj punkt oparcia zmiótł mi punkt wyparcia

dzisiaj punkt widzenia zlał mi się w punkt wrzenia

dziś jest piękny całkiem – tak jest

piękny dzień

dzisiaj punkt oparcia zlał mi się w punkt wrzenia

dzisiaj punkt wyparcia zmiótł mi punkt widzenia

piękny dziś jest- tak jest- całkiem

piękny dzień

dziś mi punkt wyparcia zlał się w punkty wrzenia

dziś mi punkt podparcia zmiótł pole widzenia

tak jest- dziś jest piękny całkiem

piękny dzień

 

Śniło mi się,

nie wiem co, ale kiedy opowiadasz,

o szarży biedronek, o torpedach,

bakłażanach, białym pudlu w oknie,

który zdaje się rządzić tym wszystkim – wyobrażam sobie,

że zmyślenie jest pocałunkiem i wrzecionem.

A dowodem snu jest tylko ten nieadekwatny upływ czasu,

mierzony przez zewnętrzne protezy, mechaniczne

implanty zmysłu, którego nie ma. Dlatego

tak przywiązujemy się do opisów?- Powiedz

co dziś robiłaś? – Wspinałam się

na barykady, a świat chwytał mnie

z tyłu za ramię, wciskając do ręki kolorowe flagi.

Brałam odwet, dawałam odpór,

żeby się nie dać zmieść niesprzyjającym okolicznościom.

Trenowałam godzinami z ręcznikiem

w odwodzie. Wyobrażasz sobie?

No dobra, skłamałam, ale tylko

w samych rzeczownikach. Śniło mi się.

 

Stenogramy, stenogramy

Ciągle głucho, ciągle krucho,

ciągle skucha wraz z podpuchą.

Ciągle licho jakieś łazi cicho

w pluszowych pantoflach. Bo w pluszu

jest wiele animuszu. A w pantoflach,

cisza jest bardziej doniosła. Komunikacja

i jej zła siostra aberracja przychodzą na herbatę –

chęć w afekcie, w chęci afekt.

I mówię Yyy i myślę Ty.

I mówię Ee i myślę Nie.

I myślę Ja, a mówię.

Aha. Cofamy się na początek plansz.

 

Trzech panów na balkonie, których nasz bohater nieopatrznie podsłuchał i miejmy nadzieję nie opacznie spisał

Pan X

Kto powiedział, że jeśli jesteś zbyt leniwy,

dom powinieneś kupić z widokiem na cmentarz?

Napisy na marmurach bowiem są dla żywych,

więc czytaj je codziennie, niczym elementarz

A – jak anno domini: każdy rok jest pański,

każdy rok dzień i miesiąc jest tam gdzieś wyryty

jakby ktoś powyrywał i rozsypał kartki

kalendarzy zastygłych w lastryka, granity.

Z- zmarł, poszedł do piachu, umarł i pogrzebion

koniec, kropka, finito, po co więcej liter?

Tylko po to by wiedzieć, czy marmur czy beton,

że pod nim As, Ala, i Ali rodzice.

Kto powiedział, że jeśli jesteś zbyt leniwy,

powinieneś napisy nagrobne wciąż czytać,

trafi tam, i ty trafisz. I tylko ktoś z żywych

napis da że żył, zmarł i że się nazywał.

Pan Y

Mój całkiem niedbały spacer na stronę

drugą, przerwał demon zwątpienia

drzewo przy drodze zupełnie znajome

a kamień obok, ten sam co niemal

już miałem sobie

dać kłaść na grobie.

Całkiem nie bojąc się lęku i strachu,

siadam, demon wątpi i milczy.

Więc myślę nagle czy idąc do piachu

już nie wypada siadać? I czy,

waląc się w czoło

nie chodzę w koło?

Pan Z

bujając się na balkonie mamrotał

bezbarwnym tonem eschatologia

to wygodna loggia z widokiem

na wszystko potem

 

Spluń przez burtę, żeby sprawdzić czy nadal płyniemy

albo wyrzuć coś zbędnego, ale żeby dobrze unosiło się

na wodzie i żeby było dobrze widoczne

na falach. Fale muskają się ze światłem,

łyskają się. Zmrużone oczy

 

rozpraszają horyzont w krystaliczną sieć. Ubogacają!

Po powrocie zatrudnię się do strzelania światłem

w lustrzaną kulę, w domu zawieszę żyrandol

ze świecidełkami i będę pić ze rżniętego kryształu,

 

błyskacza. Stagnacja w nostalgii. Kompletnie gubię

kontekst, przy tylu parametrach. Znaleźć,

aby wyrzucić, wyrzucić, żeby się znaleźć,

 

w ruchu? Na psa urok. Po czasie banieczki śliny

wciąż ochoczo unoszą się na wodzie w stale towarzyskim

zasięgu wzroku. Aż zasycha w gardle.

 

Bez cienia

Zagubiony w upale dom oddawał się wściekle czystemu niebu,

światło detonowało o dachy; rozkołysała się fabryka słońca, trenując

mocno i z jasnością oślepianie na oślep. Świat puścił w ruch

spalone na czerwień twarze i białe ramiona, olśniewające zanikanie,

 

rozpinanie zapiętych po szyję, rozplatanie misternie upiętych,

obłędnie logicznych konstrukcji, odbijanie od brzegu,

kurczenie cieni aż do wielkości pieprzyka

na jej, nie wiem już czy zakrytej, piersi.

 

Szukałem  machinalnie lekkiego frędzla chmur,  który

smyrałby mnie i łaskotał, który kołysałby  mój wzrok

jak pajęczyna kroplę wody o poranku i jej pierś pieprzyk.

 

Chciałem złapać choćby względny ciężar wymowy i sensu

tej feerii, ale w świetle wszystko się wyślizgnęło

jak ławica sardynek z pola widzenia rozproszonego dziecka.

 

Paciamcia

istnieje tylko jeden język: paciamcia

i w tym języku jest tylko jedno pytanie: paciamcia

i jedna odpowiedź: paciamcia

paciamcia paciamcia paciamcia
wszystkie inne języki to próby interpretacji paciamcia

wykładni paciamcia, opisu paciamcia,

dyskusje dysputy kłótnie spory o paciamcia

wyjaśnienia przypisy komentarze rozwinięcia uzgodnienia

protokoły rozbieżności paciamcia

efemerydy paciamcia

spróbuj przez jeden dzień mówić paciamcia

i zobaczysz jakie wszystko jest paciamcia